Najcenniejszym dla mnie doświadczeniem były rozmowy z Wami. Cieszę się, że Was poznałem, uważam, że macie ogromny potencjał. Nie jest Wam wszystko jedno - to wielka wartość, za którą prędzej czy później pójdą osiągnięcia, jeśli będziemy działać wspólnie.
Jednocześnie tak wielu z Was ma poczucie, że nie ma dokąd pójść ze swoimi problemami, że nie ma swoich przedstawicieli. Jest to wielka wada naszej demokracji.
Nie poddaję się. Wierzę, że przyjdzie czas, gdy Polska będzie mądrze rządzona, gdy nasze interesy będą szanowane. Gdy polityka stanie się prawdziwa, a rządzący dostrzegą za fasadą władzy ludzi, którym powinni służyć. Wszystkich, bez wyjątku.
Nie zostałem posłem, ale jeśli inni Was zawiodą – piszcie do mnie (pzolotenki@gmail.com). Nie będę miał wprawdzie takich możliwości jak parlamentarzyści, ale zawsze możecie liczyć na moją życzliwość. Kto wie – może uda nam się coś zrobić razem?
Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję!
Nocne przesłuchanie przez kilku oficerów SB, przeszukanie mieszkania (dostałem potem od Taty lanie nie za lepienie ulotek, ale za to, że się dałem złapać), kraty, pasiak, drewniaki. I pierwsze doświadczenie negocjacyjne – kolega z celi, żałuję, że nie pamiętam już imienia, był „na ucieczce” z poprawczaka. Starszy ode mnie, ręce w bliznach. Szybka wymiana zdań – oddałem śniadanie, ustaliliśmy szyfr, poprosiłem o przekazanie go zatrzymanemu wcześniej koledze przetrzymywanemu w innej celi. Mój kolega z poprawczaka spisał się na medal, mimo że pewnie zmuszano go, by na mnie doniósł. Udało się uzgodnić zeznania. Wtedy dotarło do mnie, że dogadać się można z każdym i wszędzie, ale trzeba rozumieć zasady i ich przestrzegać.
Wydawało mi się to naturalne. W Kancelarii Sejmu pracowałem dla wszystkich posłów z równym zaangażowaniem – a moje osobiste sympatie, które kształtowały się w oparciu o bezpośredni kontakt i wspólną pracę, nie miały związku z politycznymi podziałami, nawet przy skrajnie różnych życiorysach.
Potem był Urząd m.st. Warszawy, gdzie z naszym nieodżałowanym przyjacielem Władysławem Stasiakiem budowaliśmy Wydziały Obsługi Mieszkańców. Wtedy pojawiła się pierwsza rysa na moim przekonaniu, że dogadać się można z każdym. Mój bezpośredni szef po rozmowie ze znajomym z rządzącej w niektórych dzielnicach Platformy Obywatelskiej przyniósł taki komunikat – wydziały obsługi będą, ale nie w kadencji Kaczyńskiego. W niektórych dzielnicach, choć nie bez trudu, udało się ułożyć sprawy z korzyścią dla mieszkańców, ale nie we wszystkich.
Kolejne lata pozbawiły mnie złudzeń. Trudno mi było to zrozumieć, tym bardziej, że moja droga była inna . Pracowałem nie tylko dla Prezydenta m.st. Warszawy i Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, nie tylko dla premiera Jarosława Kaczyńskiego. Pracowałem również jako urzędnik dla premiera Donalda Tuska i Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Tak rozumiałem służbę Rzeczpospolitej.
Władysław Stasiak mówił, że podstawą Rzeczpospolitej jest mocne państwo i wspólnota.
Jak wygląda siła naszego państwa, pokazuje wrak gnijący na smoleńskim lotnisku. Jeden z zagranicznych dyplomatów tak to ujął w prywatnej, a więc szczerej rozmowie: „Po czymś takim długo nikt nie będzie traktował was poważnie”.
Jak buduje się poczucie wspólnoty – najdobitniej mówi określenie „bydło” użyte przez ministra w Kancelarii Premiera wobec myślących inaczej.
To jest droga do klęski. Naszej, państwowej, narodowej, osobistej, bo sukces osobisty w źle rządzonym państwie będzie złudny i nietrwały.
Trzeba zacząć od odbudowania poczucia narodowej wspólnoty, świadomości wspólnych celów. Jeśli to nam się uda, uda się i reszta – naprawa finansów publicznych, odbudowa naszej pozycji międzynarodowej czy osłabionych Sił Zbrojnych. Ale przede wszystkim musimy odbudować wspólnotę.
Nikt za nas nie uporządkuje naszych spraw. A jeśli zrobi to ktoś za nas, to zgodnie ze swoim, a nie z naszym interesem. Dlatego startuję w wyborach do Sejmu.
Rozmawiam dużo z ludźmi. Wielu z nich nie ma zamiaru brać udziału w wyborach. Są zniechęceni, niektórzy nawet przygnębieni. Zachęcam ich do głosowania. Nie pozwólmy odebrać sobie poczucia, że jesteśmy obywatelami, że jesteśmy narodem. Nie pozwólmy, by ktoś decydował za nas. To nieprawda, że ważne jest to, o czym mówią w telewizji, że wszystko co istotne dzieje się w Warszawie. Każdy z nas ma coś do zrobienia – w swoich rodzinach, wsiach, miastach, firmach. Każdy z nas może coś dla Polski zrobić – co najmniej wziąć udział w wyborach.
Czy możemy się dogadać? Jestem pewien, że tak. Pod warunkiem, że wszyscy będziemy znać zasady i ich przestrzegać. Zasady są proste: szacunek dla każdego człowieka, uczciwość w życiu publicznym, równość, prawo, sprawiedliwość... Dobro wspólne, które zawiera się w słowie Rzeczpospolita.
Kandyduję z okręgu nr 1 – Legnica, Jelenia Góra, Lista nr 1 – KW Prawo i Sprawiedliwość, miejsce 24 - ostatnie
(http://ludwikdorn.salon24.pl/340495,inwazja-jezolisow). Poznałem pana Marszałka w 1997 roku – pracowałem wówczas w Biurze Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu. Przez wiele lat miałem okazję obserwować jego niezwykłe zaangażowanie w pracę parlamentarną, które zresztą zaowocowało zaliczeniem go kilkukrotnie w rankingach „Polityki” do grona najlepszych posłów. Współpracowaliśmy również w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, w najlepszym w ostatnim dwudziestoleciu dla służb mundurowych okresie, który zaowocował m.in. programem ich modernizacji.
To, że głos poparcia płynie od osoby tak zasłużonej, którą darzę szacunkiem i sympatią, jest dla mnie szczególnym wyróżnieniem.
Ale cóż, cenzury nie będzie. Mogę tylko powiedzieć, że mam szczęście do ludzi – mógłbym o Nich powiedzieć to samo, co oni o mnie.
„Pracowałem z Pawłem wiele lat. Na wiadomość, że będzie kandydował do Sejmu pomyślałem, że ludzie nareszcie będą mieli na kogo głosować. Dlaczego?
Paweł jest niezwykle wrażliwym społecznie człowiekiem, miałem okazję obserwować jak załatwia sprawy ludzi autentycznie potrzebujących pomocy. Nie przechodził nigdy obok nich obojętnie.
Paweł jest znakomitym specjalistą od finansów publicznych. Lata pracy analitycznej w Sejmie, w samorządzie warszawskim, w MSWiA (gdzie miałem okazję z jego wiedzy i umiejętności korzystać choćby przy uruchamianiu komisji budżetowej), w BBN i w końcu w Kancelarii Prezydenta RP dają Mu duże doświadczenie i znakomite przygotowanie do działalności publicznej w Sejmie.
Paweł jest patriotą. To znaczy, że los Rzeczypospolitej i Jej mieszkańców jest dla Niego wielką wartością, dla której żyje i pracuje nie oglądając się na osobiste korzyści.
Można by jeszcze długo i szczegółowo, ale w moim przekonaniu, te cechy rzadko spotyka się w komplecie a są one najlepszą rękojmią dobrej służby publicznej.
Tym wszystkim, którzy mają okazję zagłosować na Pawła mówię – nie zmarnujcie szansy. Będziecie dumni ze swojego wyboru.”
Jarosław Brysiewicz
„Człowiek ze złotym charakterem i stalową konsekwencją.
Świetny organizator, lider dotrzymujący obietnic.
Państwowiec z poczuciem misji.
Społecznik dbający o ludzi.”
Dr Katarzyna Korpolewska, psycholog
„Polska zasługuje na więcej, niż głoszenie haseł o budowie. Paweł Zołoteńki gwarantuje, że polityka przestanie być jarmarkiem pijarowców. Cieszę się, że Paweł Zołoteńki kandyduje do Sejmu, gdyż jestem pewny, że będzie znakomitym parlamentarzystą – wiernym i oddanym Polsce.”
Mec. Andrzej Mierzwa
„Pawła Zołoteńkiego znam od lat. Świetnie mi się z nim pracowało. Uczciwy, chętny do pomocy, solidny - można na nim polegać. Warto na niego głosować.”
Gen. dyw. (rez.) dr Roman Polko
„Paweł Zołoteńki? Na pozór taki ,,lebiega" w okularkach - a tak naprawdę twardy facet. Taki, jak już niewielu - grzeczny ale nie ugrzeczniony, silny, ale nie silny fizycznie, albo, jak to teraz zwykle bywa ,,silny w gębie", tylko silny siłą wewnętrzną, niezłomny i prawy. Do tego bezwzględnie uczciwy. Pawłowi powierzyłbym opiekę nad żoną, córką szesnastoletnią i majątkiem - bo wiem, że żaden z tych moich skarbów nie doznałby żadnego uszczerbku. Gdybym był kobietą natychmiast bym się w nim zakochał.
Bartłomiej Rychlewski - były funkcjonariusz, były dyrektor, ciągle trochę jeszcze ,,chuligan warsiawski"
„Jestem mieszkańcem Torunia, pracuję w Lublinie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II. Wszystkie te miasta, mimo, że piękne mają jedną zasadniczą wadę. Kandydatem na posła nie jest tam Paweł Zołoteńki.
Pawła poznałem w Warszawie przed sześciu laty. Jako człowiek z prowincji byłem niezmiernie zdziwiony, że urzędnik wysokiego szczebla nie jest cynicznym karierowiczem, ale zaangażowanym w pracę i naprawdę oddanym misji służenia Polsce patriotą.
Ktoś powie, ten człowiek zamiast pisać do rzeczy, uderza w wysokie tony! To chyba stosowne, biorąc pod uwagę, że Paweł Zołoteńki jest również muzykiem. Całe szczęście, że tę pasję zdradził przed laty dla polityki.
Naprawę bardzo żałuję, że nie mieszkam w Jeleniej Górze i Paweł nie będzie „moim” posłem…”
Powiedziała również, że nagrywają wspólnie materiał filmowy – rozmowy ze świadkami wydarzeń związanych z katastrofą w Smoleńsku. Zapytała, czy nie zechciałbym opowiedzieć o tym co widziałem.
Poprosiłem kilkoro przyjaciół o zdanie. Nikt nie miał wątpliwości, że powinienem mówić. Był to czas jednej dominującej narracji – powielającej rosyjskie tezy rozpowszechnione w pierwszych godzinach po katastrofie.
Wziąłem udział w nagraniu. To był tylko materiał. Nie było wiadomo, czy uda się zrobić z materiału film. Za to było wiadomo, że jeśli jakimś cudem uda się go zmontować, to nie pokaże go żadna telewizja. Szczerze mówiąc nie sądziłem wówczas, że ujrzy on światło dzienne.
Jakiś czas później Joasia zadzwoniła z informacją, że znalazł się producent zapewniający kanał dystrybucji – Gazeta Polska - i że „Mgła” dotrze do publiczności. Potem była premiera, projekcje i spotkania z ludźmi. Dociekliwych, szczerych, pełnych troski o Polskę.
Jestem wdzięczny wspaniałym kobietom - Marii Dłużewskiej i Joannie Lichockiej - za „Mgłę”. Za ich odwagę, talent, pracę i pasję. Za tysiące ludzi, którzy dzięki nim mogli się spotkać i porozmawiać o wspólnych sprawach. Dziękuję.
Powiedziałem we „Mgle”
O naszym życiu publicznym
„Poszliśmy w życiu publicznym o kilka kroków za daleko, konkretne osoby poszły za daleko w próbie przekonania do własnej koncepcji nie tyle metodami argumentacji, nie poprzez debatę publiczną, ale poprzez przeprowadzenie projektu marketingowego, granie na emocjach. Dyskusja powinna się toczyć o realnych problemach, przekonaniach, a nie emocjach. Mam poczucie, że w wielu przypadkach świadomie uniemożliwia się odniesienia do istoty rzeczy.”
„Były kampanie wyborcze, padały różne słowa, na przykład: bydło.
Ja, oczywiście, nie mam żadnego problemu z tym, żeby być po stronie bydła, i jestem po stronie bydła! Bo to są ludzie, którzy potrzebują wsparcia, o których interesy należy się upominać. Których należy szanować, bo to są również obywatele. Pamiętam z lat osiemdziesiątych zdanie rosyjskiego dysydenta, że demokracja to nie jest przytulny dom, ładny samochód albo zasiłek dla bezrobotnych, że demokracja to jest prawo do walki i wola walki. A mam wrażenie, że niektórym obywatelom odbiera się prawo do walki o swój sposób widzenia świata, o swoje interesy. I to jest moment niebezpieczny.”
„Trzeba się zastanowić, co z tym zrobić. Jak to pęknięcie naprawić. To jest coś, co przynosi nam straszliwe szkody. W sensie społecznym, politycznym to jest coś, co przeszkadza nam załatwiać konkretne sprawy, co przeszkadza nam budować porozumienie wokół rzeczy ważnych. Naprawdę, nie widzę powodu, nie widzę żadnej wartości, która upoważniałaby do takiego zachowania, do budowania konfliktów, do ich karmienia. I to w chwili, kiedy właściwie słabość państwa stała się tak oczywista. I staje przed nami ogrom spraw, zadań, które mamy jako państwo, jako administracja, jako naród po prostu.”
„To jest głęboki kryzys państwa i kryzys społeczny. Kryzys instytucji państwowych. Administracja, która oczywiście wykonała ogromną pracę od odzyskania niepodległości, w wielu obszarach jeszcze nie działa. Mamy też potężny kryzys odpowiedzialności elit państwowych. Bo trudno inaczej nazwać odpychanie odpowiedzialności przez osoby, które zajmują najwyższe stanowiska w państwie. Jeżeli minister nic nie może i nie odpowiada, jeżeli premier nie może i nie odpowiada, i publicznie to deklaruje, to kto może i kto odpowiada?”
„Zresztą, w tym wszystkim, co się wydarzyło, wielokrotnie przekroczono wszelkie granice, złamano pewne tabu, których do tej pory nikt nie odważył się łamać: szacunek dla zmarłych, szacunek dla prawdy. Pewne stwierdzenia zostały w oczywisty sposób zweryfikowane przez rzeczywistość, przez upływ czasu. I nic. Nikt nie powiedział: przepraszam. Nikt, na przykład, nie wycofał się z polityki. Przecież pewne zachowania tak naprawdę dyskwalifikują niektórych ludzi jako polityków. Jako osoby, które powinny dbać o dobro wspólne. A tu nie widać żadnej refleksji, wręcz przeciwnie. Jest samozadowolenie, satysfakcja z tego, że się coś powiedziało, że się przywaliło, że znowu kolejny dzień na czołówkach gazet. Jakie to ma znaczenie? Jaką to ma wartość realną dla przeciętnego człowieka? Jaką to będzie miało wartość wtedy, kiedy stanie się coś gorszego i państwo po raz kolejny pokaże swoją słabość? Kiedy już może nie osoby z pierwszych stron gazet, nie prezydent, nie ministrowie, ale zwykli obywatele będą ginąć? A to jest możliwe i to, być może, się wydarzy. Może już niedługo.”
O katastrofie smoleńskiej
„Ta sprawa wymaga zbadania, dojścia do prawdy, ustalenia, co tak naprawdę się stało. Nie tylko w kontekście samej katastrofy, tego jak pilotowano samolot, jak go naprowadzono – to są techniczne przyczyny katastrofy – ale przede wszystkim w kontekście tego, jak państwo przygotowało się do tej wizyty, w jaki sposób chroniono prezydenta i inne ważne osoby w państwie, jak reagowano po katastrofie i jak my, jako państwo, jesteśmy przygotowani na takie zdarzenia? Bez odpowiedzi na te pytania nie przygotujemy się na inne, być może znacznie trudniejsze sytuacje.”
O reakcji Polaków na katastrofę smoleńską
„Zdarzyło się coś, na co nikt nie był przygotowany, także w takim ludzkim sensie, ale znalazło się wystarczająco wielu ludzi, którzy robili to, o co chodzi i co należy. W tych dniach nastąpiła jakaś taka samoorganizacja, porozumienie wzajemne. Również w kwestiach życiowych, organizacji pogrzebów, organizacji wylotu do Moskwy. To nie było coś organizowanego odgórnie. Po prostu każdy wiedział, co należy robić.”
„Mamy pewien instynkt. Instynkt narodowy – nie bójmy się tego tak nazwać. W tych dniach pokazaliśmy, że nie jesteśmy jakąś grupą interesu, jakimś zbiorowiskiem konsumentów, że po prostu jesteśmy narodem. Zginął prezydent, głowa państwa i jego najwyższy przedstawiciel, zginęli dowódcy wojskowi, ministrowie. To wszystkich bardzo dotknęło. Przejęło. Jak się okazuje, mimo lekceważenia, mimo kreowania wizerunku, skutecznego kreowania, prezydenta jako osoby nieważnej, jako kogoś, kto zarządza żyrandolem, naród ma zupełnie inne zdanie.”
O tym, jak Państwo sobie poradziło
„Nie jestem prokuratorem, ale dla mnie nie ulega żadnej wątpliwości, że właściwie każda rzecz, która była na miejscu katastrofy, powinna być podniesiona, skatalogowana, opisana, sfotografowana – niezależnie od tego, jak jest drobna. Bo tak naprawdę nie wiemy, co się tam wydarzyło, i właściwie każdy wariant powinien być brany pod uwagę. I zbadany. Tym bardziej że chodziło o prezydenta, o samolot rządowy.”
„Miałem poczucie… fuszerki. Czegoś, co nie powinno było się wydarzyć. To jest też kwestia stosunku państwa do swoich obowiązków wobec obywateli. Właściwie nie było innej, ważniejszej rzeczy, z którą należało sobie poradzić w tym czasie. Miałem poczucie, że państwo poniosło porażkę, pod względem organizacyjnym, pod względem również woli. Bo to jest kwestia po prostu woli, żeby być na miejscu, żeby zrobić wszystko, by śledztwo było prowadzone należycie, żeby zabezpieczyć dowody, żeby je sprowadzić jak najszybciej do Polski.”
O przyszłości
„W sensie zawodowym każdy z nas musi podjąć decyzję. Jestem urzędnikiem państwowym. Przez większą część życia pracowałem w strukturach państwa. Nie musi tak być w dalszym ciągu. Urzędnikowi przeznacza się rolę służebną, co w powszechnym rozumieniu, przede wszystkim polityków, oznacza, że ma siedzieć cicho. Ja akurat nie podzielam takiej skrajnej wizji służby państwowej, służby cywilnej, w której – to może żart – uważa się, że dobry urzędnik powinien profesjonalnie przygotować traktaty rozbiorowe, jeśli taka jest decyzja polityczna. Myślę, że nie o to chodzi. Mówię o tym, bo uważam, że jako społeczeństwo potrzebujemy poważnej rozmowy.. Bo może właśnie po tym, co zobaczyłem, powinienem pewne rzeczy nazywać po imieniu. Bo myślę, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, w jakim momencie historii jesteśmy, w jakim stanie jest nasze państwo. To jest coś, co powinno budzić niepokój każdego obywatela.”
„W dzisiejszych czasach często się wydaje, że ważne jest to, co pokazują telewizje, o czym się pisze w gazetach. Ale tak naprawdę ważne jest, co robi każdy z nas, również w małych miasteczkach i na wsiach. Pokazała to Solidarność: bez zrywu wielu milionów ludzi i bez indywidualnych decyzji, kiedy to wymagało odwagi, gdy ludzie ryzykowali pracę, wolność, zdrowie, życie, nie odzyskalibyśmy niepodległości.”
Mgła
Maria Dłużewska, Joanna Lichocka
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2011